Otagowane : 11 listopada

święto niepodległości

1

2

3

4

5

 95. rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Obchody w Warszawie.

Zrobiłem sporo zdjęć podczas tegorocznego Marszu Niepodległości, kilka niezłych i wiele zupełnie przeciętnych, ale to fotografie zamieszczone w tym wpisie wydały mi się warte pokazania. Może dlatego, że są takie inne od reszty? Każde zdjęcie wydaje się przedstawiać odrębną historię i prezentuje osobiste podejście do tematu patriotyzmu. Widzimy starsze zatroskane twarze, które być może właśnie przywołują wspomnienia z przeszłości. I co myślą? Jak wypada współczesny obraz patriotyzmu w konfrontacji z latami minionymi? Nie wiem, ale chciałbym wierzyć, że są w stanie dostrzec coś pozytywnego. Obserwujemy też sylwetki młodych ludzi. Ich dumne, zdecydowane, emanujące pewnością i żarliwością poglądów twarze. Z ich póz i gestów również możemy wyczytać bardzo wiele. Zaciśnięte pięści, okrzyki, zdeterminowana postawa wskazują na niezłomną wiarę i miłość do ojczyzny. Do tego obecność w tak licznej grupie podobnych sobie osób tylko wzmacniają to poczucie i przekonują jeszcze bardziej do słuszności swoich racji. I nie ma w tym nic złego. Jest święto niepodległości, jesteśmy Polakami i z dumą podkreślamy to, chociaż na jeden dzień zapominając o krążących (i krzywdzących nas) stereotypach. Tylko dlaczego kiedy mamy okazję pochwalić się przed całym światem swoją polskością, tradycją i tym co jest najlepsze w nas to my jedynie powielamy te stereotypy? Dajemy znać o swojej ksenofobii, bucie, pijaństwie, głupocie i chuligaństwie. Bo przecież jak inaczej nazwać to co się wydarzyło jak nie bandytyzmem i brakiem myślenia, do tego jeszcze obficie okraszonych najtańszym alkoholem? Są chwile kiedy po prostu brak mi słów na to co się dzieje, a ręce opadają nad bezmiarem ludzkiej bezmyślności. „Przecież miało być tak pięknie” – chce się powiedzieć, cytując klasyk polskiej kinematografii. Miało być uroczyście, dostojnie, z pełnym szacunkiem i wdzięcznością wobec przodków, którzy oddali życie za to, abyśmy mogli nazywać się Polakami – a wyszło jak zawsze, można by rzec. Po raz kolejny odbieramy najtrudniejszą z nauk – uczenia się na własnych błędach – szkoda tylko, że jesteśmy mało pojętymi uczniami w tej kwestii. Najgorsze jest to, że garstka kretynów może zniweczyć wszelkie starania i zepsuć ogólny obraz całości. „Puste beczki i głupcy robią najwięcej hałasu” powiedział kiedyś Plutarch i chyba się nie mylił.

święto niepodległości

Minęła czternasta. Przemieszczam się w kierunku dworca PKP, aby dostać się do centrum. To stamtąd wyruszyć ma manifestacja niepodległościowa pod hasłem „Odzyskajmy Polskę”. Te słowa zastanawiają. Narzucają myśl o tym, iż moja ojczyzna została przez kogoś lub coś zagarnięta. Istnienie takiej siły nie jest dla mnie oczywiste, ale spodziewam się, że w czasie Marszu lepiej zrozumiem sens analizowanych słów. Po drodze czytam platoński dialog – Menona. Pada tam wiele ciekawych słów na temat dzielności. Jej interpretacje okazują się być zróżnicowane, a dociekanie prawdy na temat tego pojęcia żmudne i wymagające. Słowa dobierane przez Sokratesa są staranne, czuć w nich odpowiedzialność i rozwagę. Dziś przekonam się, że wypowiadanie słów może być znacznie prostsze niż ma to miejsce u antycznych mędrców.

Pociąg sunie po szynach bardzo sprawnie. Wnętrze jest raczej puste, gdzieniegdzie tylko zauważam osoby, które manifestują dzisiaj swoje przywiązanie do polskości biało – czerwonymi barwami. Jest wśród nich bardzo ładna dziewczyna – jej długie czarne włosy i szeroki uśmiech są budujące. Cieszę się, że wszechobecny kosmopolityzm nie jest póki co jedynym obowiązującym prawem. Dystansuję się od otoczenia, chowając twarz za stronicami Dialogów. Wiem, że już zaraz znajdę się pośród głośnego tłumu, z którym chciałbym utożsamić się i wyrazić wspólnie emocje, towarzyszące przeżywaniu patriotycznych uczuć. Tymczasem odkrywam jeszcze pogląd Sokratesa na wiedzę, która jego zdaniem jest wrodzona, tzn. można do niej dotrzeć, o ile tylko zadaje się właściwe pytania. O ile chce się pytać. I o ile milczy się, jeśli się nie wie.

Wysiadam na śródmieściu. Tłum wokół mnie gęstnieje. Drogę na powierzchnię przemierzam z grupką harcerzy, którzy z poważnymi minami maszerują, żeby dołączyć do formującego się na górze pochodu. Tam spotykamy od razu bardzo silną grupę młodych ludzi, wznoszących na przemian okrzyki „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę” i „Cześć i chwała bohaterom”. Ich gromki okrzyk i dobra organizacja wzbudzają pewien niepokój. W tej postawie jest jakaś agresja i determinacja, ale to tylko moje chwilowe odczucia. W rzeczywistości zachowują się nienagannie, a wznoszenie okrzyków w takim dniu jest jak najbardziej na miejscu. Zastanawiam się tylko nad ich treścią. Nie jestem pewien kogo utożsamiać z czerwoną hołotą (tu dziś, na marszu, z pewnością jej nie ma), ani nie wiem dokładnie, czy o tych samych bohaterach myślimy. Z czasem będzie to miało jednak coraz mniejsze znaczenie.

Zmierzam w stronę Rotundy, spotykając po drodze kolejne grupki ludzi gromadzących się pod rozmaitymi sztandarami. Ponad głowami powiewają setki biało-czerwonych flag, wygląda to bardzo okazale i godnie. Pośród nich da się dostrzec również wiele flag węgierskich, a także transparenty popierające Victora Orbana i ultraprawicową partię Jobbik. Przyjaźń polsko – węgierska ma się wciąż dobrze. Później w tłumie zauważę jeszcze flagi czeską i serbską, zwiększające koloryt i zróżnicowanie marszu. Manifestujące jednocześnie etniczną otwartość uczestników, co przyjmuję z radością i pewnym zaskoczeniem. Zwykle media prezentują obecnych tu ludzi jako ksenofobów. Kłóci się to z rzeczywistością, którą obserwuję. Pierwsze pęknięcie w poprawnej politycznie wizji świata.

Pod Rotundą spotykam się z Adim. On będzie robił zdjęcia. Zdążył się rozkręcić, dokumentując wcześniej przemarsz Stowarzyszenia 11 Listopada, który, chyba niezupełnie adekwatnie, będziemy w uproszczeniu nazywać między sobą „marszem lewaków”. Teraz, kiedy już jesteśmy razem, zaczynamy wycieczkę pomiędzy kolejnymi grupami manifestujących. Jesteśmy ciekawi, jak podchodzą do Święta Niepodległości ludzie związani z narodowościowym i konserwatywnym sposobem myślenia. Tym, co najbardziej zaskakuje jest ogromna ilość uczestników manifestacji. Marginalizowany i deprecjonowany w mediach światopogląd pokazuję swoją moc. Nie będę nikomu zarzucał celowego zniekształcania informacji, ale nie uwierzę w przekazywaną później informację o dwudziestu tysiącach zgromadzonych. Myślę, że jest ich co najmniej dwa razy tyle. Przynajmniej na początku.

Większość spotykanych przez nas ludzi budzi pozytywne odczucia. Mija nas grupa motocyklistów owacyjnie witanych przez zebranych. Starsze kobiety komentują oglądane na transparentach hasła. Jedna z nich odnosi się do słów „Miłość do Boga i Polski nie jest faszyzmem”, dzierżonego przez dwóch wszechpolaków. Mówi, że to chyba rozsądne słowa, choć kto wie, czy to jednak nie prowokacja. Mimowolnie uśmiecham się, a staruszka życzliwie ujmuje mnie pod ramię i pyta co o tym sądzę. Patrzę na nią uprzejmie i myślę sobie, że przybycie tu musiało kosztować ją wiele trudu. Pomarszczona i chuda dłoń wspiera się niepewnie na drewnianej lasce.

Haseł pełnych żalu i złości jest więcej. Widać, że Ci ludzie czują się skrzywdzeni i również to będą chcieli tu zamanifestować.

Oczekiwanie na wymarsz przedłuża się. Nikt nie informuje dlaczego. Co raz częściej wybuchają rzucane na ulicę petardy, a wyśpiewywane hasła radykalizują się. Słyszę coś o wieszaniu komunistów i obaleniu rządu. Coraz więcej pośród mnie postaci w kominiarkach na twarzach. Wiele z nich niesie flagi z symbolem Falangi, inni eksponują na koszulkach krzyże celtyckie. Wśród ludzi narasta napięcie. Po niektórych widać też, że nie spędzają dzisiejszego dnia w stanie trzeźwości. Nie widać jednak w zgromadzeniu zachowań nieprzyjaznych. Ta agresja jest skierowana gdzieś na zewnątrz, do bliżej nieokreślonych „zdrajców narodu”. Adi robi zdjęcia, co ciekawszym grupom. Spotykamy monarchistów, związkowców, wyławiamy też z tłumu kilku kombatantów. Wiele transparentów odwołuje się do tradycji Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Odrodzenia Polski, choć zauważam też na kilku flagach podobiznę marszałka Józefa Piłsudskiego. Na czele kolumny rzuca się w oczy hasło informujące, że Obóz Narodowo-Radykalny niesie naszemu narodowi odrodzenie. Nie traktuję tego poważnie, ale uświadamiam sobie, że jestem w tym odosobniony. Wycofujemy się w stronę Dworca Centralnego, żeby spojrzeć na zgromadzenie z pewnej odległości, oszacować ilość znajdujących się tutaj osób. Mija nas, coraz więcej zakapturzonych osób, w większości ubranych w stroje dresowe. Niektórzy z nich noszą maski kościotrupów, dają się też zauważyć charakterystyczne szaliki warszawskiej Legii. W miejscu, z którego idą, na wysokości ulicy Emilii Plater widać jakiś ruch. Tłum faluje. Patrzymy na siebie i bez słów zaczynamy biec co sił w tamtą stronę.

Na miejscu, nieokreślone grupy bandytów atakują funkcjonariuszy policji. Spychają ich do wnętrza Dworca. Przypadkowi przechodnie zamierają w miejscu, nie mogąc zrozumieć co się dzieje. Agresja osiąga punkt kulminacyjny, zamaskowani ludzie rzucają się w ślepej furii na policyjne furgonetki. Ulica ogarnięta jest chaosem. Nagle znajdujemy się w centrum wycofujących się „oddziałów” bandyckich. Adi nie zważając na rozszalały tłum przyklęka i robi zdjęcia. Prosto w ich zamaskowane twarze. Omijają go instynktownie, jak rozszalałe stado, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Powoli wycofujemy się; za chwilę będzie tu policja. Jeden z zamaskowanych ostrzega nas w wulgarnych słowach, żebyśmy nie robili zdjęć. W tym momencie cieszymy się, że sytuacja jest tak dynamiczna i nie może dłużej z nami „porozmawiać”.

Wracamy do zwartych grup manifestantów. Trwa oczekiwanie, ale staje się coraz bardziej gorączkowe. Marsz miał się rozpocząć niemal godzinę temu, nikt nie rozumie dlaczego jest wciąż wstrzymywany. Wznoszone przez tłum okrzyki są coraz bardziej agresywne. Pojawiają się pierwsze spekulacje o wymierzonej przeciw manifestantom prowokacji. Dostrzegamy coraz więcej incydentów rozgrywających się w miejscach, gdzie stoją kordony policji. Z niepojętych dla mnie względów Ci ostatni są coraz głośniej upominani o tym, że są Polakami i że ich zachowanie to wstyd. Dziwnie kontrastuje to z ich spokojną i wyczekującą postawą. Z ich strony nie ma nawet cienia agresji, ani odrobiny czegoś co mogłoby popychać do awanturniczych zachowań. Grupa mężczyzn rzuca w policjantów puszkami i butelkami. Są pijani, wzrastający chaos wyraźnie ich bawi – być może odnaleźli swój sposób na świętowanie. Nie mam czasu zastanowić się nad tym, jak bardzo mi to przeszkadza. Adrenalina robi swoje. Chcemy być jak najbliżej miejsc, gdzie jest naprawdę gorąco. W pewnym momencie policjanci obezwładniają atakującego ich mężczyznę. Zaraz za nim pojawiają się fotoreporterzy. Niczym sępy rzucające się na padlinę podbiegają, by być jak najbliżej. Błyskają flesze. Nikt nie jest tak blisko jak Adi. Jego fotografie będą najlepsze.

Przemieszczamy się w kierunku Novotelu. Tu trwa już regularna „bitwa”. Czoło pochodu zostaje zatrzymane przez policję. Tłum gęstnieje i coraz trudniej jest nam trzymać się razem. Widzimy wyrywane z ziemi fragmenty kostki brukowej. Chwilę później rzucone zostaną w kierunku policji. Pierwsze pociski trafiają w plastikowe tarcze. Z czasem walczący stają się bardziej precyzyjni. Rzucają bardziej górą, tak żeby kamienie spadały w środek policyjnego kordonu. Rzucają nie żeby postraszyć, rzucają po to żeby zranić. Co jakiś czas przed tłum wybiegają prowokatorzy zachęcający policję do walki. Niektórzy nie mają koszulek, w rękach ściskają szaliki. Tłum śpiewa obraźliwe piosenki. Policjanci zostają określeni jako bandyci, psy, kurwy. Niektórzy zamaskowani podchodzą do nich blisko, żeby patrząc prosto w oczy obrazić osobiście, wzmóc w funkcjonariuszach wściekłość. Ci odpowiadają tylko komunikatami, w których proszą o zachowanie rozsądku i ostrzegają o możliwości użycia siły. Boję się o Adiego, ryzykuje, podchodzi bardzo blisko, kamienie i race upadają tuż obok niego. Dzięki jego zdjęciom dokładnie obejrzymy później policyjne „uzbrojenie”. Pałki, spryskiwacze z gazem, pasy z gumowymi nabojami, strzelby gładkolufowe, petardy hukowe… Widać, że byli przygotowani na tego rodzaju zdarzenia. Ale, czy zadanie ich nie przerosło? Póki co trwa chaos. Przebiegamy na drugą stronę jezdni. Tutaj aktywni są kibole krakowskiej Wisły. Ich twarze zakrywają szaliki z białą gwiazdą. To oni przewodzą atakom na policję na tym skrzydle. Poruszamy się wśród nich dość swobodnie. Policja prosi o opuszczenie zgromadzenia przez dziennikarzy, osoby posiadające immunitet, ludzi starszych oraz kobiety z dziećmi. Reszta zostaje na własną odpowiedzialność. Z megafonów płyną ostrzeżenia o rychłej pacyfikacji tych, którzy przejawiają agresję. Funkcjonariusze wciąż jeszcze jednak czekają. W pewnym momencie aktywizuje się jeden z organizatorów marszu, odcinając się od tych, którzy prowokują policję, prosząc o powrócenie do zwartej grupy manifestantów i apelując o spokój. Czoło pochodu zasiada na środku torowiska tramwajowego, manifestując pokojową postawę, ale też pokazując, iż nie zamierza się wycofać. Organizatorzy dyskutują z policją o możliwości kontynuowania marszu. Tymczasem sytuacja w naszym rejonie zaostrza się. W końcu policja odpowiada na trwające od pół godziny ataki. Funkcjonariusze rozpylają gaz łzawiący i rzucają pod nogi petardy hukowe. Agresywny tłum cofa się, służby porządkowe proszą o spokojne zachowanie i powrót tych, którzy nie są prowokatorami do głównej kolumny. Dwóch z nich zostaje pobitych przez rozszalałych zamaskowanych. Oni nie są zainteresowani kontynuowaniem marszu.

Długotrwałe apele organizatorów powoli zaczynają jednak osiągać zamierzony skutek. Tłum pacyfikuje, w pewnej mierze, zaintonowany z platformy Mazurek Dąbrowskiego. Słyszę, że nie wszyscy w tłumie pamiętają jego słowa, za to ich zaangażowanie jest ogromne. Nie potrafię śpiewać z nimi, czuję do tego niesmak. Przyzwyczaiłem się wiązać hymn z innymi emocjami. Tłum powoli rusza do przodu wciąż lżąc policję, kroczącą czujnie przy skrajnych liniach przemarszu. Słyszę jak dwie dziewczyny odmawiają funkcjonariuszom polskości i nazywają ich tchórzami. Przypominają mi się sokratejskie rozważania na temat dzielności. Jakiś mężczyzna twierdzi, że pamięta ich, że to ci sami, którzy kroczyli w ZOMO, że nie będzie dla nich litości. Zbliżam się do policjantów i patrzę w ich twarze. Wielu z nich jest nieznacznie starszych ode mnie. Nie, nie pamiętają PRL-u. Nie wydają mi się tchórzami. Podejrzewam, że do dzisiaj czuli się Polakami. Jutro pewnie będą czuli to samo. Dziś jednak, tak wielu radykalnie im tego odmawia. Słowa padają tu bardzo łatwo i nie niosą ze sobą żadnych konsekwencji.

Czujemy się w tłumie dość niepewnie. Nie śpiewamy, nie czujemy się z tymi ludźmi jednym. Przyszliśmy świętować. Nie rozumiemy wybuchu agresji. Nie znamy jej powodu. Właściwie nie wiemy co się stało. Czekamy na patriotyczne pieśni. Ale słyszymy tylko coraz więcej wyzwisk. Pedały, czerwoni i ludzie rządu nie czuli by się tutaj z pewnością bezpiecznie. Nagle w rozentuzjazmowanym tłumie rodzi się spontaniczny postulat. Z wielu setek gardeł wydziera się krzyk: „Gdzie są flagi!?”. I rzeczywiście. W setkach okien wzdłuż Marszałkowskiej widzimy jedną flagę. Jedną flagę na wiele tysięcy mieszkańców. Jedyny raz w ciągu tego wieczoru mam poczucie, że wznoszone okrzyki naprawdę odnoszą się do rzeczywistości.

Z czasem tłum staje się coraz bardziej chaotyczny. Większość z tych, którzy byli najaktywniejsi podczas walk, odłącza się od czoła pochodu. Wielu z nich wraca już do domów. Interesująca ich część obchodów niepodległościowych właśnie się odbyła, nie mają już czego tu szukać. Nie zamierzają iść dalej, pod pomnik Romana Dmowskiego. Nie czują takiej potrzeby. Mam wątpliwości, czy wiedzą kim był.

Ja i Adi również wyprzedzamy pochód. Jesteśmy już zmęczeni, dość mamy na dziś świętowania. Zmierzamy prosto na Plac na Rozdrożu. Chcemy stanąć pod pomnikiem jednego z Ojców naszej niepodległości. Manifestujemy w ten sposób naszą pamięć.

Na miejscu atmosfera pikniku. Śpiewy patriotyczne, wszechobecne narodowe barwy, krzyże i kwiaty pod pomnikiem. Tu widać znów starszych ludzi, kobiety z dziećmi, niepełnosprawnych. Nie mogli pójść z pochodem, w tym roku (poza nielicznymi wyjątkami) było to dla nich niemożliwe. Wygląda na to, że jednak się im udało, są w miejscu, w którym nakazuje być im ich patriotyzm; są w miejscu upamiętniającym człowieka, którego idea narodowa jest im bliska. Nie wydają się dziś zbytnio zainteresowani pedalstwem i komuchami. Wszyscy oczekują na zbliżających się członków marszu. Pojawiają się oni jakieś piętnaście minut później. Niesamowicie wygląda towarzysząca im łuna, kiedy wyłaniają się z Alei Szucha. Są głośni i gniewni. Wciąż jest w nich mobilizacja. Im bliżej pomnika tym więcej rzucanych jest petard. Niektórzy starsi ludzie nie wytrzymują nieustannego huku, zaczynają się wycofywać z najbliższego otoczenia pomnika. My również powoli zmierzamy w stronę centrum. Oddalamy się od wielotysięcznego tłumu, który zanim uda się na Agrykolę, przemieści się jeszcze pod pomnik Piłsudskiego (o tym dowiemy się później, z mediów). Po drodze mijamy niezliczone oddziały policyjne. Ich dzisiejsza mobilizacja jest naprawdę zdumiewająca.

Nie rozmawiamy zbyt dużo mijając Plac Trzech Krzyży. Pozostajemy w lekkim zdumieniu po tym, co zobaczyliśmy dzisiejszego dnia. Adrenalina wciąż jeszcze nas nie opuściła, ale cieszymy się, że to już koniec. Rozmawiamy o zdjęciach; z pewnością są dobre. Nie byłyby tak wyjątkowe, gdyby wszystko przebiegło spokojnie. Wolelibyśmy jednak przeżyć ten dzień w innej atmosferze. Poszliśmy na marsz, od którego uczestników oczekiwaliśmy patriotycznego zaangażowania i dobrej organizacji. Zostało jednak ogromne poczucie niedosytu. Wiemy, że wielu maszerujących z nami również czuło niesmak. Nie wyciągamy jednak łatwych wniosków. Nie oceniamy w sposób radykalny. Sokrates uczy nas akceptacji własnej niewiedzy. I zabrania być leniwymi. Tylko prawda jest ciekawa. Czarno-białe rozwiązania ułatwiają rozumienie świata ale nie sprawiają, że bardziej czujemy się ludźmi.

Dzisiejszy dzień uświadamia nam jednak co innego. Sokrates jest martwy. Wraz z nim umarło pojęcie dialogu. Wygląda na to, że póki co stać nas tylko na uproszczoną wersję świata, łatwą w obsłudze. W politycznej jatce dominują odhumanizowanie i deprecjonowanie przeciwników. Słowom odbiera się ich znaczenie, wykorzystując je jako narzędzie demagogii. Narastają wśród nas wrogie hasła, każące radykalnie rozprawiać się z antagonistami. Dużo w tym wszystkim emocji i zaangażowania. Dużo jakiegoś specyficznego, brutalnego patosu…

Tylko człowiek jakoś przestał być pośród tych „wielkich” słów ważny. Niepostrzeżenie wytworzyło się nam wiele wzorów bycia Polakiem, negujących się nawzajem. Chyba nikt już nie wie gdzie w tym wszystkim jest prawda. Ta stara prawda. Bo współczesną każdy ma swoją, na własny użytek. Nie ma sensu słuchać innych. Nie ma sensu zasłaniać się niewiedzą i pytać, wciąż na nowo, wiecznie szukać… Przecież słowa tak łatwo się wymawia. Nie trzeba ich tak poważnie traktować. Po co zastanawiać się nad ich prawdziwym znaczeniem.

Tekst: Daniel Chemycz

which side are you on?

Zdjęcia z 11 listopada 2010 roku. W tym dniu Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska zorganizowały w Warszawie „Marsz Niepodległości”. Pochód ten miał zostać powstrzymany przez liczne kontrmanifestacje antyfaszystowskie (koalicja wielu organizacji pozarządowych, m.in. anarchistów oraz feministek). Doszło do zamieszek i starć z policją, która starała się rozdzielić obie zwaśnione strony.