Otagowane : eugeniusz

eugeniusz

Z panem Eugeniuszem spotkaliśmy się przed kilkoma tygodniami w siedzibie WSPAK-a. Zainteresowaliśmy się jego osobą nieco wcześniej, kiedy mieliśmy okazję oglądać przedstawienie, w którym występował. Okazało się, że odgrywana przez niego postać – Dziwny, swojego rodzaju mędrzec w społeczności bezdomnych, posiada wiele cech charakteryzujących pana Eugeniusza. Taki był też zamysł sztuki – zagrali w niej bowiem ludzie, którzy doświadczyli, bądź wciąż jeszcze doświadczają bezdomności. I opowiedzieli w tym przedstawieniu o własnych przeżyciach. Nas zainteresował wtedy, w sposób szczególny, właśnie Dziwny. Wydawał się człowiekiem z innego świata, nie pasującym do miejsca, w którym się znalazł. Niepokojąca była ta jego bezdomność, w której znajdowało się tyle refleksyjności, wewnętrznej siły, głębokości przemyśleń, ale i niespodziewanego dystansu do otoczenia, jakiegoś rodzaju pogardy dla zmiennego i okrutnego losu, który rzucił szczęśliwego dotąd człowieka w nędzę i niedolę, tam gdzie nasze oczy zwykle nie chcą spoglądać, bądź robią to z niechęcią. Postać odgrywana przez pana Eugeniusza przekazywała prawdę, której nie chcemy słuchać, boimy się ją poznać. To prawda o tym, że ci wszyscy, którzy zostali społecznie wykluczeni, nie są od nas gorsi, mniej inteligentni, mniej utalentowani ani mniej wartościowi. Są natomiast sytuacje, których udźwignięcie przerasta siły człowieka. Każdego człowieka. I tylko niewielu ludzi potrafi się wówczas podnieść. Przekonuje nas do tego dwugodzinna rozmowa z panem Eugeniuszem.

1

Kiedy wchodzi czujemy, że jest nieco spięty, jakby niepewny tego, co może go tutaj spotkać. Jego twarz nie wyraża radości. Nawet kiedy się uśmiecha wydaje się, że robi to z pewnym dystansem. Ściska nam jednak ręce z pewnością siebie i siłą, charakteryzującą człowieka, który wiele przeżył. Siadamy, rozpoczynając rozmowę i powoli zagłębiając się w historię, którą pan Eugeniusz ma nam do przekazania. On sam w znacznej mierze decyduje o kształcie tej rozmowy, opowiadając nam nie więcej niż sam tego chce. Najchętniej mówi o swoim zawodzie, wykonywanym przed tym, jak doświadczył bezdomności. Pan Eugeniusz był fotografem w lokalnej prasie. Zajmował się przede wszystkim reportażem społecznym, tropiąc absurdy i niegodziwości dostrzeżone w otaczającej go rzeczywistości. Był człowiekiem niepokornym, któremu niełatwo było zamknąć usta, nawet wtedy kiedy zebrane przez niego materiały mogły wyjawić prawdę, która dla prominentnych osób byłaby niewygodna. Poza zacięciem dziennikarskim w panu Eugeniuszu żywa jest jednak przede wszystkim pasja fotografa. Chętnie opowiada o sprzęcie, z którego korzystał, o swoich zdjęciach, o tym co było dla niego w tej pracy ważne. Uchwycenie momentu, niezgłębione ludzkie twarze zamknięte na zawsze w tej jednej chwili, kiedy naciskał spust migawki. Istotne było również dokumentowanie rzeczywistości, opowiadanie o niej swoimi zdjęciami. No i oczywiście próba uchwycenia piękna, którym świat obdarza nas na co dzień. Czuje się w tych słowach ogromną pasję życia i afirmację tego, co nas otacza.

Z czasem odkrywamy w panu Eugeniuszu kolejne, wyjątkowe cechy, takie jak zamiłowanie do podróży, do niebezpieczeństwa, pragnienie bycia tam, gdzie dzieje się coś wyjątkowego. Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej mamy wrażenie, że jego jednym życiem można by wypełnić jeszcze kilka innych i wciąż pozostawałyby one niezwykle ciekawe. Pan Eugeniusz otworzył własną agencję fotograficzną , dzięki czemu mógł utrzymywać się z tego, co było jego wielką pasją. Wielu z nas marzy o realizowaniu własnych zamiłowań w pracy zawodowej, a przecież tak często niezwykle ciężko jest nam to osiągnąć. Jednak panu Eugeniuszowi się udało. Zaczął prowadzić szczęśliwe życie, wydawałoby się, że bardzo odległe od dawnych trudności i zmagań z losem. Tymczasem w 2011 roku w ten normalny, zdrowy świat pana Eugeniusza wdziera się przerażający dramat. Kiedy się tego słucha, aż trudno uwierzyć, że jedną osobę mogło spotkać tyle nieszczęść w ciągu zaledwie kilku miesięcy.

2

Najpierw zmarła żona pana Eugeniusza. Najbliższa mu osoba odeszła zupełnie niespodziewanie, nie był na to w żaden sposób przygotowany. W tym samym czasie jego matkę dotyka dramat niepełnosprawności, pozbawiona władzy w nogach, wymaga odtąd stałej opieki. Wreszcie nieszczęście uderza bezpośrednio w pana Eugeniusza, który w sposób nagły traci wzrok. Człowiek, który miał tak wiele, niemal w jednej chwili staje się niewidomy i samotny. Okropny ból po stracie bliskich nie ma szans się zabliźnić, spotęgowany jeszcze przerażającym doświadczeniem utraty możliwości obserwowania świata, który tak bardzo się kochało. Do tych problemów dołączają również te natury materialnej. Pan Eugeniusz nie może już zarobkować w dotychczasowy sposób. Trudno jest mu w ogóle o tym myśleć po doświadczeniu tak wielkiej straty. Niesamowita jest decyzja, którą podejmuje w tej dramatycznej sytuacji. Nie chcąc być zawadą dla swojej rodziny postanawia powierzyć opiekę nad matką bratu, a sam, mimo że również wymaga opieki wybiera bezdomność. Zacina się w sobie i unosi się honorem, tak jakby z dumą wyzywał los, chcąc sprawdzić, czy spotka go jeszcze coś straszniejszego. Jego poczucie godności nie pozwala mu nikogo prosić o pomoc. Był przecież dotąd silnym, zaradnym, zdrowym mężczyzną. Nie chce się nad sobą użalać i uskarżać, wybiera więc drogę przez mękę, ale właśnie po to by móc powrócić. Zdradzi nam później, że nieszczęścia nie złamały go na długo, że nieustannie myślał o tym jak się pozbierać i nie dopuszczał do siebie przekonania o tym, że to już koniec, że jest przegrany. Ta jego niezłomność i bezkompromisowość wydała nam się czymś bardzo szlachetnym i godnym podziwu.

Pierwsze chwile bezdomności były dla pana Eugeniusza niezwykle trudne. Został przecież niewidomym, który nigdy dotąd nie uczył się, jak poruszać się bez pomocy wzroku. Często więc po prostu przewraca się, kalecząc przy tym swoje ciało. Kiedy w końcu udaje mu się dotrzeć do Płońska, gdzie w miejscowym szpitalu istnieje możliwość przeprowadzenia operacji, która częściowo mogłaby uratować mu wzrok – pan Eugeniusz mówi lekarzowi, iż będzie czekał na zabieg tyle ile potrzeba, ale zostanie na miejscu, boi się bowiem poruszać gdziekolwiek samemu, tak bardzo jest już poobijany i obolały. Operacja rzeczywiście ratuje jedno z oczu pana Eugeniusza, pozwalając mu przynajmniej na w miarę swobodne poruszanie się. Odtąd zaczyna się tułaczka po dworcach całej Polski. Dopóki pan Eugeniusz ma jeszcze swoje pieniądze jest w o wiele lepszej sytuacji niż inni bezdomni, którzy każdego dnia myślą o tym, czy uda im się dzisiaj cokolwiek zjeść. Zasób pieniędzy nieustannie się jednak kurczy i w końcu przychodzi moment, że i pan Eugeniusz prosić musi o kilka złotych na jedzenie, czy też na bilet powrotny do Warszawy. Taka sytuacja spotyka go w Krakowie, a student, który udziela mu wtedy życzliwej pomocy, pozostaje z nim w przyjacielskich kontaktach do dzisiaj.

3

Pan Eugeniusz staje się postacią wyjątkową pośród warszawskich bezdomnych. Zachowuje się i wysławia w sposób odmienny od większości z nich. Inaczej też myśli. Widać, że nie przekonał się wewnętrznie do beznadziejności swojego losu. Nie dopadł go marazm i kompletne zwątpienie, które tak często pozbawiają ludzi odrzuconych udanego powrotu do pełni życia. Pan Eugeniusz zna swoją wartość i wie, że ma możliwości do tego by się podźwignąć i odmienić swoje położenie. Kluczem do tego okazuje się pomoc innym. Pan Eugeniusz nieustannie wspiera bezdomnych, których spotyka w rozmaitych warszawskich noclegowniach. Warunki jakie zastają w tych miejscach oraz sposób w jaki personel traktuje przybywających, stają się dla nich bardzo traumatycznym doznaniem. Bezdomni spotykają się z pogardą, lekceważeniem swoich potrzeb i wywieraną na nich nieustanną psychiczną presją, mającą uczynić ich bezwolnymi i całkowicie podporządkowanymi przełożonym. Ci, którzy powinni im pomagać często okazują się ich prześladowcami. Pan Eugeniusz jest jednym z niewielu, których nie udaje się zastraszyć. Jego doświadczenia są podobne do tych, które posiada jego sceniczny alter ego – Dziwny. Niejednokrotnie próbowano go prowokować, by znaleźć powód do wyrzucenia go z noclegowni. On jednak pogardliwie odrzucał te zaczepki, starając się jeszcze, w miarę dostępnych mu środków, pomagać towarzyszom niedoli. Z czasem zacznie być nazywany „Ojcem bezdomnych”, „patrolującym” warszawskie dzielnice w celu pomocy tym, na których my nie chcemy często nawet spoglądać. Jego pragnienie działania na rzecz odrzuconych zaczyna się w końcu spełniać i nabierać realnych kształtów, kiedy zostaje kierownikiem magazynu gromadzącego dary dla ubogich. Taką możliwość daje mu warszawski Zbór Kościoła Chrześcijan Baptystów, który mianuje go koordynatorem Fundacji „Korpus Pomocy”. Celem tego niezwykłego wolontariatu jest pomoc materialna, jak również duchowa osobom bezrobotnym, bezdomnym, wykluczonym. To właśnie w tym miejscu pan Eugeniusz znajduje swój dom i tu realizuje swoje pragnienie wspierania potrzebujących. Samemu będąc baptystą głęboko wierzy, że jego dramatyczna historia miała sens. Choć z pozoru jest człowiekiem surowym, dotknęło go bowiem nie dające się całkiem zatrzeć cierpienie, w rzeczywistości jest jednak wewnętrznie niezwykle otwarty i wciąż ufny wobec ludzi. Jak sam mówi, każdy kolejny dzień stwarza dość szans na to by nieść pomoc, wokół jest mnóstwo ludzi, którzy bardzo tego potrzebują. Dlatego nie wybiega zbyt daleko w przyszłość. Nauczyła go tego bezdomność, kiedy nie mógł być pewny tego co przyniesie mu następny dzień. Teraz jednak nie jest to już dla niego utrudnieniem, lecz pomocą w codziennej pracy. Niestrudzenie gromadzi środki, które rozdziela później przychodzącym do niego ludziom. Współpracuje również ze stowarzyszeniem „Lekarze Nadziei”, którego członkowie udzielają po godzinach darmowej pomocy, między innymi bezdomnym. Pan Eugeniusz dowozi chorych do przychodni, często bowiem ludzie nie zatrzymują się nawet nad nimi, kiedy leżą na ziemi, czy ławce, niezdolni by prosić o pomoc. Raz nawet ocalił życie jednego z nich – gdyby dotarł do lekarza nieco później, nie dałoby się już go odratować.

Trudności zdają się nie opuszczać Pana Eugeniusza ani na chwilę. Częściowa ślepota nie jest bowiem jego jedyną dolegliwością. Jest on również cukrzykiem i zmagania z tą chorobą nieustannie sprawiają, że żyje jakby na granicy, niepewny jutra i tego co jeszcze przyniesie mu los. Dlatego nie zaprząta sobie głowy problemami i wątpliwościami. Ma przecież wciąż tyle do zrobienia: organizowanie wolontariatu, teatr, praca w Korpusie Pomocy, codzienne spacery w miejsca, gdzie spodziewa się spotkać kogoś, kto może potrzebować jego pomocy… Przebył daleką drogę od przerażającego życiowego kataklizmu, który zdruzgotał jego świat przed dwoma lata. Mimo ogromnych utrudnień podniósł się tak szybko, gdyż nigdy nie zwątpił w siebie i nie dał się przekonać, że nie jest już nikomu potrzebny. Dla nas najbardziej niezwykłe jest to, że mimo tak strasznych doświadczeń nie zatracił pogody ducha i wiary w ludzi. A także niesamowita świadomość tego, iż człowiek, któremu zabrano niemal wszystko, wciąż może dawać innym tak wiele. O tym zaświadczyć mogą wszyscy ci, których czynnie wspierał i wciąż wspiera swoimi działaniami. Nie zatrzymuje się w miejscu, ani na chwilę nie pozwala na dopuszczenie do siebie zniechęcenia. Ma przecież przed sobą dużo pracy. Wielu ludzi wciąż potrzebuje jego pomocy. Tylu innych powinno się jeszcze dowiedzieć o problemie osób wykluczonych, zrozumieć, że nie tak trudno jest znaleźć się po tej drugiej, odrzuconej stronie. Wciąż widzi przed sobą nowe możliwości działania. Pragnie powoli powracać do realizowania swojej największej pasji – fotografii…

Tekst: Daniel Chemycz